Dzień przed Dzień 1 Dzień 2 Dzień 3 Dzień 4 Martusia |
Martusia przyszła na świat 24 maja 2005 roku o godz. 21:40. Była maleńką, śliczną istotką - ważyła 2100 gram i miała 53 cm wzrostu. Spodziewaliśmy się, że zagości w naszym życiu 3 tygodnie później - termin porodu planowany był na 15 czerwca.
22 maja wybraliśmy się na wspaniały piknik do naszej ulubionej Mikoleski - leżeliśmy na karimatach, patrzyliśmy w niebo, wsłuchiwaliśmy się w śpiew ptaków i marzyliśmy o Naszej Martusi - jak będzie wyglądać, jakie będzie miała oczka, włoski; jak będzie się uśmiechać. Tak chcieliśmy żeby była już z nami! To miały być trzy tygodnie pełne wyciszenia i oczekiwania. Jednak Martusia, jakby w odpowiedzi na naszą tęsknotę, postanowiła kilkanaście godzin później - w poniedziałek 23 maja o 4 rano - zacząć opuszczać mój brzuszek. Nie poszło nam łatwo, mimo wielkich starań z mojej i jej strony. Rodziła się przez dwie doby pod fachową opieką wielu lekarzy i położnych. Przez tych 40 godzin zrobiłyśmy co najmniej tyle samo kilometrów, spacerując z kroplówkami korytarzem Oddziału Ginekologiczno - Położniczego szpitala w Tarnowskich Górach, kąpałyśmy się w ciepłej wodzie, odbijałyśmy na piłkach... I kiedy około godz. 21:30 dnia 24 maja Martusi zaczął spadać puls, w spokojnym, rodzinnym pokoiku o pastelowych niebieskich ścianach, pełnych pięknych zdjęć uśmiechających się dzieci, nagle zrobiło się bardzo głośno i nerwowo. Usłyszeliśmy wtedy to ostatnie zdanie poprzedzające jej przyjście na świat: "W ciągu najbliższych kilkunastu minut musi Pani urodzić dziecko, nie możemy dłużej czekać". O 21:40, po wykonanym cesarskim cięciu, urodziłam Naszą Martusię, a my staliśmy się taką rodziną, o jakiej zawsze marzyliśmy. W szpitalu byłyśmy przez pięć kolejnych dób. Martusia pierwszy swój dzień spędziła w inkubatorku, ja nie ruszając się z łóżka, a Radek na przemian - przy mnie i naszej córeczce. W drugiej dobie heroicznie stanęłam na nogach, przemierzyłam swój pokój i od tego momentu Martusia była już cały czas z nami. Były to niezwykłe chwile - pozawijana w szpitalne pieluszki i otulona ciepłym rożkiem, spoglądała na nas swoimi ślicznymi niebieskimi oczkami, a wśród wielu pojawiających się na jej buźce grymasów, najczęstszym był uśmiech. W szpitalu odwiedzili nas - jako pierwsza prababcia Krysia oraz babcie: Ania i Wiesia, a także dziadkowie: Michał i Jurek (znany jako "opa Juruś") oraz wujek Krzysiu. W tym miejscu chcielibyśmy podziękować całemu zespołowi lekarzy i położnych Oddziału Ginekologiczno - Położniczego Wielospecjalistycznego Szpitala Powiatowego im. B. Hagera w Tarnowskich Górach - w szczególności lek. med. ginekologowi - położnikowi i cytologowi Romanowi Nowakowi za pomoc, opiekę i zaaangażowanie, jakie okazali w trudnych dniach naszego porodu 23 i 24 maja 2005 roku. |