2010.06.10 - Fuerteventura

Kliknij w miniaturę lub Zobacz zdjęcia na mapie
Lub jeszcze zobacz waypointy i tracki na takiej mapie



    Wyczekiwane od grudnia 2009 roku (bo wtedy zawarliśmy umowę z Biurem Podróży Itaka) wakacje rozpoczęły się.
Najpierw emocjonujący dzień wyjazdu. Ostatnie rzeczy do walizek i ok. 13 samochodem transferowym wyruszyliśmy do Pyrzowic. Na lotnisku, już po odprawie bagażowej, znaleźliśmy chwilę czasu na kawkę i spojrzenie z tarasu widokowego na samolot, który za około godzinę miał zawieźć nas na dalekie wyspy położone na Oceanie Atlantyckim. To bardzo przyjemny moment – przed nami 2 tygodnie odpoczynku, szaleństwa i wielkiej przygody! Ciekawość była ogromna – po wyspach greckich, to zupełnie nowy, inny kierunek!
Po ponad 5 godzinach lotu, ok. 21 (20 czasu loaklnego) wylądowaliśmy w miejscu naszego przeznaczenia –Islas Canarias, Fuerteventura, Puerto del Rosario. Fuerteventura to jedna z 6 Wysp Kanaryjskich. Wyspa wiatrów, wulkanów i najpiękniejszych na Oceanie Atlantyckim piaszczystych, dziewiczych plaż. Pierwszej nocy wiatr nie pozwalał nam spać - liście palm mocno uderzały o okna. Nigdzie dotąd tak nie wiało. Klimatyzacja w pokoju była zupełnie niepotrzebna. Z dnia na dzień szumiący w gaju otaczającym nasz hotel wiatr stawał się coraz przyjemniejszy, a po 2 tygodniach pobytu na wietrznej wyspie zaczęło nam go bardzo brakować.
Pierwszy poranek też nas zaskoczył. O 7 było wciąż ciemno, a gdy nastał świt, niebo było spowite chmurami. Około południa – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – niebo zrobiło się idealnie błękitne, a świat dookoła nabrał pięknych barw. Mocnymi kolorami mieniły się hibiskusy, oleandry, bugenwille no i kwiaty Wysp Kanaryjskich – strelicje. Długo nie zastanawialiśmy się co robić – ruszyliśmy nad ocean. Okazał się dokładnie taki jak na folderach reklamowych - turkusowy, z malowniczymi przypływami i odpływami i niezwykły w miejscu, w którym byliśmy ponieważ otoczony 60 kilometrowym pasem naturalnych wydm (Dunas de Corralejo). Tak dziewiczych i naturalnych plaż (i tylu wygrzewających się na nich naturystów ;-) ) nie spotkaliśmy nigdy wcześniej.
Kolejnych kilka dni spędziliśmy na błogim lenistwie – plażowaniu, kąpielach w oceanie i specjalnie dla Martusi – na przyhotelowych atrakcjach basenowych. Dzieci to uwielbiają – nasza Tusia mogłaby cały dzień pływać i bawić się w brodziku. Wieczorami odwiedzaliśmy urokliwe miasteczko, w którym mieszkaliśmy-Corralejo-klimat jaki panował na małym ryneczku usytuowanym tuż przy porcie jest nie do powtórzenia- rozsiane kawiarenki i lokalni wykonawcy śpiewający hiszpańskie ballady. Nigdzie tak nie smakowało mohito i nigdzie - dla tak szerokiej publiczności J - nie tańczyła nasza Martusia.

W sobotę postanowiliśmy przerwać słodkie "nicnieróbstwo” i zrobić to, co lubimy najbardziej - wypożyczyć samochód i ruszyć na podbój wyspy. Pierwszy dzień to przejazd malowniczą drogą wulkaniczną przez malutkie wioski rybackie, o których, ma się wrażenie, świat dawno zapomniał do El Cotillo, gdzie zwiedziliśmy zabytkową basztę i podziwialiśmy ocean i zatokę usianą jachtami z malowniczego klifu. Stamtąd udaliśmy się do latarni EL COtillo - ciągle bardzo mocno wiał wiatr, ale panoramiczny widok na ocean i góry był oszałamiający. Następnie dotarliśmy do byłej stolicy wyspy – La Olivy – zwiedziliśmy zabytkowy kościół Iglesia de Nuestra Senora de la Candelaria z XVIII wieku, uskuteczniliśmy spacer po małym placu otoczonym drzewami oliwnymi (zgodnie z nazwą miejscowości) i pojechaliśmy zwiedzać Dom Pułkowników – (Casa de los Coroneles) siedzibę kolejnych dowódców wyspy. Kolejnym naszym celem była Montana de Tindaya – góra wulkaniczna o wysokości około 400 m. n.p.m., na której zboczach odkryto okolo 300 petroglifów wykonanych przez pierwszych mieszkańców wyspy. Postanowiliśmy się na nią wspiąć. Takiej ilości kaktusów na małym obszarze dotychczas nie widzieliśmy, a to co nas najbardziej zaskoczyło to kryjące się w nich zwierzątka – pieski stepowe? Widok z góry na łagodne pagórki Fuertyventury i wszechobecny ocean był wart trudnego i mozolnego wchodzenia po osuwających się kamieniach wulkanicznych. Ruszyliśmy do Los Molinos - malowniczej zatoczki położonej na północno – zachodnim wybrzeżu wyspy, zwiedzając po drodze najpiękniejszy wiatrak Fuerty. Los Molinos to miejsce, do którego każda osoba z duszą podróżniczą chce dotrzeć – raj na końcu świata – kawałek czarnej, piaszczystej plaży położonej wśród ogromnych klifów, z kilkoma małymi domkami rybackimi i urokliwą knajpką z tarasem tuż przy oceanie - Casa Pon, gdzie zjedliśmy pyszną, świeżą rybę (porada Pascala). Los Molinos to też jedno z najbardziej wilgotnych miejsc na wyspie – znajduje się tu wąwóz - Barranco de los Molinos, przez który o każdej porze roku płynie choć mała strużka wody.

Drugiego dnia pojechaliśmy w stronę środkowej części wyspy, zatrzymując się najpierw tuż za Corralejo – na Dunas de Corralejo (60–kilometrowy pas wydm) – wrażenie niesamowite – mielismy odczucie, ze to ogromna pustynia (piasek w wielu miejscach pokryty jest drobnymi muszelkami). Najpierw zwiedziliśmy cichą osadę rybacką, funkcjonującą całkowicie poza ruchem turystycznym (są jeszcze takie miejsca!) z wyciągniętymi na brzeg łódkami - Pozo Negro. Stamtąd udaliśmy się do Gran Tarajal – drugiego pod względem wielkości miasteczka na wyspie Fuerteventura (tak naprawdę jest małe jak cała wyspa). Miejsce to niezwykle nas urzekło - wiedzieliśmy, że musimy tam wrócić (co uczyniliśmy kolejnego dnia-tam właśnie zakończyliśmy uroczyście zwiedzanie wyspy). Spacerowaliśmy po pięknej promenadzie, wypiliśmy południową kawkę, Martusia wybawiła się na lokalnym placu zabaw (o dzieci bardzo dba się na wyspie – ładnie zaaranżowane i ciekawie wyposażone place zabaw są w każdym miasteczku). Kolejnym celem naszego eksplorowania Fuerty była latarnia morska - Entallada z zapierającym widok w piersiach widokiem na turkusowy ocean. Potem pojechaliśmy do La Pared – pięknej osady położonej na wysokim klifie (jak pisze Pascal – całkowicie opanowanej przez niemieckich emerytów). Stamtąd bajkową drogą poprowadzoną wśród łagodnych pagórków, które przy popołudniowym słońcu wyglądają jak stoiska z orientalnymi przyprawami i mienią się kolorami cynamonu, papryki i kurkumy pojechaliśmy do Ajuy, gdzie podziwialiśmy naturalnie wydrążone w skałach jaskinie, zachwycaliśmy się turkusową zatoczką z jachtami i bezkresem pięknego oceanu. Z poprowadzonej górą ścieżki jest też fantastyczny widok na kolorowe domki usytuowane przy czarnej, piaszczystej plaży oblewanej przez błękitny ocean (niezwykła feeria barw). Dalej ruszyliśmy do Pajary –kolejnego urokliwego miasteczka z niezwykłym kościołem z motywami azteckimi. W małym parku tuz przy kościele podziwialiśmy roślinność - fikusy, bananowce, szeflery, bugenwille, oleandry, strelicje. Kolejnym celem naszej podróży była kapliczka patronki wyspy, Virgen de la Pena, położona gdzieś w wąwozie - Barranco de las Penitas (brak jakichkolwiek oznakowań). Podróż przez wąwóz wśród zielonej roślinności wodnej (były kałuże) i wszechobecnych palm była cudnym przeżyciem, a kapliczkę – my globtroterzy – oczywiście odkryliśmy (każdego września odbywa się do niej pielgrzymka mieszkańców wyspy). I ostatni punkt drugiego dnia wycieczki to zabytkowe miasteczko Betancuria – dawna stolica wyspy nosząca imię od J. C. Betancourta – konkwistadora wyspy (najbardziej historyczne i zabytkowe miejsce na wyspie).

Celem trzeciego dnia naszej podróży było zwiedzenie południa wyspy czyli Półwyspu Jandia. Przez opanowane przez wzmożony ruch turystyczny miasta Costa Calma i Morro Jable położone przy jednej z najpiękniejszych plaż na wyspie – Sotavento, dotarliśmy do podnóża góry Jandia, od zdobycia której chcieliśmy rozpocząć zwiedzanie tej części wyspy. Tego jak wiało w dolinie otaczającej górę, nie jesteśmy w stanie opisać (były problemy z utrzymaniem równowagi i zebraniem myśli). Niebezpieczeństwo góry, brak wyznaczonych szlaków, osuwające się kamienie wulkaniczne pozwoliły nam osiągnąć tylko ok. 500 m spośród 800 m jej wysokości. Nieco zmęczeni wróciliśmy do naszej małej corsy i ruszylismy w stronę latarni morskich - Punta de Jandia i Punta Pesebre - a następnie na niezwykłą, dziewiczą, przepiękna plażę Cofette (droga bardzo niebezpieczna – wąska, szutrowa, kręta, bez zabezpieczeń - odradzamy poczatkującym kierowcom stanowczo!!!). Ale warto - plaża jest tak naturalna (wręcz naturystyczna ;-) ), że trudno dziwić się, ze niemalże wszyscy (spośród może kilkunastu osób tam przebywających) opalają się bez jakichkolwiek ubrań. Plaża szeroka, ciągnąca się kilometrami, otoczona przez magiczne cynamonowe wzgórza...Martusia zbierała muszle-takie duże i kolorowe istnieją naprawdę! Pięknie, ale zdecydowanie za krótko; chcieliśmy jeszcze dojechać na kolację do Gran Tarajal.
Urozmaiceniem naszego pobytu na Fuercie była 1-dniowa wycieczka szybkim katamaranem Fred Olsen na pobliską wyspę Lanzarotte. Wyspa księżycowa, piekielna, uznana w 1993 roku w całości jako Rezerwat Biosfery Unesco, corocznie odwiedzana przez milion turystów. Zaprojektowana przez tutejszego artystę Cesara Manrique. Przejazd przez 14 – kilometrowy Park Timanfaya (którego symbolem jest diabeł) robi niesamowite wrażenie – zastygła lawa i wulkany z otwartymi kraterami, a to wszystko w kolorach czerni i intensywnej czerwieni. Warto wziąć udział w prezentowanych przez pracowników parku doświadczeniach, które udowadniają, że teren ten jest wciąż aktywny sejsmicznie. Niezwykłych doznań dostarcza region La Geria, gdzie produkuje się ponoć najsmaczniejsze w całej Hiszpanii wina (uprawa winnic jedyna w swoim rodzaju, fantastyczny kontrast czarnego żwirku wulkanicznego z soczyście zielonymi winnicami).Warto też zwiedzić Jameos del Agua (którego symbolem jest krab – tylko tu żyją małe białe kraby albinosy) - niezwykłe wykorzystanie natury i zaadaptowanie jej na rzecz sztuki użytkowej.

Zapraszamy do obejrzenia poniższej galerii zdjęć, mapy ze zdjęciami oraz mapy z punktami GPS które warto odwiedzić.





-->> Martusi podróże małe i duże
-->> Martusia


  :: Strona główna :: :: Martusia :: :: Fotografie :: :: Podróże :: :: Mapa :: :: Własny kąt :: :: Projekty :: :: Wsparcie :: :: Księga gości:: :: My :: :: Kontakt ::
|| © 2004-2008 Autorzy pokluda .  net ||